Historia własna
W najbardziej intensywnym okresie mojego życia zawodowego, przyszło mi do głowy, że czas zająć się także moją pasją i ją sprofesjonalizować.
W ciągu trzech lat zrobiłam około 6 kursów, w tym roczny kurs na Młodszego Florystę w Polskiej Szkole Florystycznej, dojeżdżając co weekend do Poznania na zajęcia od 14.00 w piątki do 16.00 w niedzielę.
Znalazłam też cykl szkoleń w Łodzi i w kolejnym roku, wzięłam w nim udział. Wstawałam o 4.30 rano, pewnej srogiej zimy, by na 7.15 być w każdą sobotę być na zajęciach. To było kilka części tematycznych: ślubne, funeralne , komunijne i jakieś inne tematyczne. ..szkoda, że moja niebieska, rozkładana Motorola "Hello Moto" nie pozwoli mi już na odtworzenie zdjęć - byłaby to nie lada gratka! Pierwsze wianki dla dziewczynek na komunie oraz wachlarze z liści i kwiatów, szał w tamtym czasie.
Potem już było tylko gorzej 🙂
Otworzyłam studio florystyczne, w którym spędzałam codziennie długie godziny, jak tylko kończyłam pracę w mojej bazowej ścieżce zawodowej, w jednej czy drugiej polskiej i zagranicznej korporacji.
Co dzień około 20.00 przyjeżdżałam i do późnych godzin nocnych tworzyłam kompozycje. Trenowałam na pięknych, sztucznych kwiatach, których kupiłam ogromne ilości a wszystkie były tak piękne, jakby były prawdziwe. Dziś to nie jest już żadne wyzwanie w tej branży, ale około 2010 to był kompletnie inny świat.
Miałam z tyłu głowy myśl, by zmienić cmentarne "disco polo" w odcieniach różu i fioletu, które pokrywa groby w Polsce, na Wszystkich Świętych. Tak, to ja będę tą, która zrewolucjonizuje polskie gusta cmentarne.
Pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że moja produkcja jest sporych rozmiarów, liczy około 100 różnych kompozycji i moje studio florystyczne pęka w szwach. W końcu ja tylko ćwiczę i produkuję... Pomyślałam, że muszę to jakoś sprzedać, żeby było miejsce na robienie kolejnych. Z pomocą przyszła mi koleżanka i jej znajoma, na podwarszawskim cmentarzu, która powiedziała, że mam to wszystko przywieźć i jak coś się nada, to weźmie w komis i zapłaci mi, po Wszystkich Świętych.
Na cmentarnym parkingu, wystawiłam absolutnie wszystko, dbając o piękne ułożenie, by Pani zobaczyła w pełnej okazałości wszystko - no i mój kunszt 😉
Pękająca z dumy, radości, że tu jestem i, że zaraz będę częścią zmiany świata, której tak bardzo chciałam dokonać.
Zajęło mi to szystko naprawdę dobre kilka minut…
Pani spojrzała, może przez 30 sekund i powiedziała: Za ładne, to się nie sprzeda. Odwóciła się i poszła obsłużyć Klienta, bo właśnie przyszedł.
Stałam tak, na tym wielkim pustym parkingu, a dookoła mnie tylko te moje zbyt ładne kompozycje.
Serce chciało mi wyskoczyć z przejęcia, a w głowie miałam tylko jedną myśl: Ku… przecież tego wszystkiego nie wyrzucę!
(Estetyka grobów, chwilowo zeszła na dalszy plan!)
Po chwili Pani kwiaciarka wróciła i powiedziała:
Wszystkie te ładne kwiaty, wymień w kompozycjach, na fiolet i róż i przywieź mi wszystko spowrotem. Sprzedam to.
Że płakać mi się chciało, to pewnie mówić nie muszę… może nawet płakałam, już nie pamiętam… (nie, no, wiadomo, że płakałam, musiałam)
Tak to my nic w świecie nie zmienimy.
Dokupiłam te brzydkie fiolety i róże i "zamkniętymi oczami" zmieniłam wszystko. Zawiozłam. Sprzedało się wszystko.
Tak mnie to nie cieszyło, że nigdy nie pojechałam odebrać od Pani kwiaciarki pieniędzy - dzwoniła kilka razy, w końcu przestała.
Od tego czasu jeszcze kilkukrotnie, z przyjemnością użyłam wyuczonej wiedzy, talentu i miłości do kwiatów i z pasją oddałam się kolejnym wyzwaniom, ale już nigdy nie czułam potrzeby rzucić drogi zawodowej , którą od lat z sukcesem szłam.
To nie jest opowieść o determinacji do zmiany, to także nie jest post w którym teraz pojawią się wyniki z badań nad zmianą ścieżki zawodowej i tym, jak często zmiana się udaje bądź nie. To jest tylko o tym, że nie wszystko, co robisz i kochasz, musisz zamienić w produkt i sprzedać.




